Luthien

Król Zan i królowa Simbelmyne (13)

Poprzednia część Wersja do druku Następna część

Rozdział 13 Pentagon, Roswell i niemożliwe staje się możliwe

—Dobra, Max i Michael przeszukają teren dookoła ufo center, ja i Kanster idziemy pod szkołę, a Liz, Isabel i Ava przy parku, a reszta niech czeka spokojnie na nas. Zrozumiano?
Chwile później.

—Dałaś im?

—Aha, już nawet ćwiczyliśmy.

—Dziewczyny uważajcie na siebie. Będziemy w kontakcie.-powiedział Max.

—Spokojnie, umiemy o siebie zadbać.-odparła Isabel-Jesteśmy przecież w Roswell.

Max i Michael właśnie przechodzili koło ufo center.

—Nie chcę mi sie szukać tej dziewczyny.

—Ona jest nam potrzebna.

—A jak byśmy tak wpadli do Crashdown napić się czegoś?

—No dobra, ale jak nas dziewczyny zobaczą to będzie na ciebie.

—Liz, kręcimy się w kółko. Porobią mi się odciski.-marudziła Isabel.

—Max ci je usunie. Coś jest nie tak.

—Co?

—Martwie się. W Roswell jest za dużo kosmitów. Jest ktoś oprócz nas.

—Masz rację, wyczuwam jakieś napięcie-powiedziała Ava.

—Boję się. Boję się o Maxa.

—Nic mu nie będzie. Jest silny.-powiedziała Isabel.

—Mam nadzieję.

Tymczasem Max i Michael zbliżali się do Crashdown.

—Nie chce mi się iść dookoła. Choćmy na skróty.
Skręcili w boczną uliczkę. Była bardzo wąska. Mogło nią iść najwyżej 4 osoby.

—Przykro mi, ale to ślepa uliczka.-powiedział "człowiek", który wyrósł przed nimi jak spod ziemi.

—Przepuście nas-powiedział Max. Nie przypuszczał w jakim są niebezpieczeństwie.

—Jak widzisz jest ze mną 5 "ochroniarzy", nie boję się was.

—Max on chyba jest z Czechosłowacji.

—Coo???Jakiej Czechosłowacji?-zdziwił się.

—Taki kraj w Europie. Masz rację Mike.

—No więc, chyba nie wiecie kim jestem.

—Czechosłowakiem-odparł Michael.

—Co wam...nie ważne. Więc macie coś lub wiecie gdzie to jest, co należy do mnie.

—Napewno nie.-powiedział Max.

—Pewien kamień. Potrzebuję go.

—On nie należy do ciebie.

—A do kogo? Szanowny właściciel nie żyje.

—Mylisz sie.

—Biedny Zan...od 30 lat go nie widziałem.

—Więc przyjrzyj się z bliska temu-powiedział Michael i podniósł rękę, aby wystrzelić mocą w jego stronę.

—Co jest?
Nic się nie stało. Michael spróbował użyć innej swojej mocy, ale nie zadziałała.

—Nie wiem czy to poznajecie, ale to hamuje wasze moce-powiedział wyciągając z kieszeni pewien przedmiot.

—Pentagon.

—Pentagon...Wiecie, że stworzyli go Antarianie? Ale nasz kochany Khavar go trochę...udoskonalił.

—Zauważyłem-odparł Max.

—A teraz mówcie gdzie jest granilith.

—Nie ma go na Ziemi. Ava go zabrała.-powiedział Max.

—Nie jestem głupi. Mów, bo zabiję twojego kolegę.

—Prędzej sam zginiesz.-odparł pewnie Max.

—Boję się...-powiedział ironicznie i rzucił Maxem o ścianę.-nie igraj ze mną. Skoro ty nie chcesz mówić, to powie nam twój koleżka. Mike tak?

—Michael śmieciu.
No i w ten sposób Michael dołączył do Maxa pod ścianą.

—aj, aj, aj, wy się nigdy nie nauczycie. Gadać, gdzie jest granilith?

—Na co ci on? Nie uruchomisz go.-powiedział Max.

—Na co? To już nie twój interes. Jeżeli nie chcecie mówić, więc gińcie.-powiedział i wystrzelił mocą.
Ale Max i Michael nie zginęli. Moc rozproszyła się na niewidocznej barierze.

—Jakim cudem?

—Takim, że oni nie są sami!

—Kim jesteś?

—Kimś o wiele potężniejszym od ciebie.-powiedziała i rzuciła nim o ścianę.

Pięć minut wcześniej.

—Liz, ocknij się. Proszę, nie rób nam tego-błagała Isabel.
Liz powoli otwierała oczy. Jej silmaril przeświecał przez bluzkę.

—Szybko, musimy iść.-powiedziała.

—Co się dzieje?-spytały Isabel i Ava biegnąc za Liz.

—Max i Michael... Kilku skórów ich dopadło...mają pentagon...

—pentagon...-powtórzyła Isabel.

—Zmodyfikowany pentagon, nie działa na skórów...

—Co? Więc jak im pomożemy?

—Dam radę!- "chyba"-Szybko.
"Nie zdążę" Liz była już na rodu uliczki. Podniosła rękę gotowa do utworzenia bariery. Jeszcze nigdy sama nie robiła bariery i w dodatku z pentagonem i skórami. Wiedziała, że jak zawiedzie, to wszyscy zginą. Bała się.

—Max wszystko w porządku?-spytała.

—Ok, ale jak ty...

—Później. A teraz ty, wstawaj.-krzyknęła do kosmity.

—Przecież ty nie jestes skórem.

—Nie, jestem ziemianką.

—A ja umiem latać.

—Bądź cicho, czego tu szukacie? Mówcie!

—Zamiana ról-skomentował Michael.

—Nie boimy się ciebie. Nas jest sześciu, ty jedna.-powiedział i wyciągnął rękę. Jego ochrona zrobiła to samo. Wystrzelili. Znowu ich moc zatrzymała się na niewidzialnej barierze. Przez ręce Liz zaczęły przebiegać zielone prądy(jak w serialu). Bariera powoli zaczęła zmieniać się w srebrno-błękitną.

—Co to? Przeciez to niemożliwe....-powiedział kosmita.

—Wszystko jest możliwe.-odparła Liz, bariera rozbłysła, bo skórowie zaatakowali po raz ostatni. Sekundę później została z nich tylko kupka popiołu.
Liz zachwiała się, ale Max ją podtrzymał.

—Max....ja...ja ich...zabiłam....-Liz była w szoku.

—Już dobrze Liz. Musiałaś. Inaczej oni zabiliby nas.

—Liz, Max, co tu się stało?-spytała Melaya, która właśnie przybiegła-Ava mnie zawiadomiła.

—Skórowie.

—Pokonaliście ich. To dobrze. Liz, co ci jest?-spytała troskliwie Melaya.

—Ja..ich...zabiłam...

—Sama? Jak?

—Niesłyszałaś? zabiłam...

—Liz, spokojnie, musiałaś.

—Nieprawda, mogłam ich tylko ogłuszyć i wyczyścić pamięć. Ale...

—Ale co?

—Nie mogłam nad tym zapanować, nie mogłam powstrzymać, czułam, że zaraz wybuchnę.

—Liz już po wszystkim. Będzie dobrze.-powiedział Max i przytulił żonę.

—To dziwne, nie znam osoby, która nie mogła zapanowac nad swoją mocą. Ich moc była dla nich za słaba, a nie za potężna.

—Choćmy stąd -powiedziała Liz, przechodząc obok kupki popiołu schyliła się, podniosła cos i włozyła do kieszeni.
"pentagon?"
"aha, może się przydać."
"Nie rozumiem, jakim cudem udało ci się ich pokonać."
"Nie ma rzeczy niemożliwych."
"Ale ja nie mogłem użyć mocy"
"Nie wierzyłeś w siebie"
"A ty? Przeciez jesteś człowiekiem, jak możesz mieć większą moc od nas?"
"Nie wiem, może wy jesteście bardziej potężni niż myśli sam Khavar."
"Nie przyleciałby na Ziemię, jeśli uważałby, że jesteśmy silniejsi niż w poprzednim życiu, w którym nas zabił bez problemu."
"Mylisz się"
"Co?"
"Zabił was, bo nie byliście razem. Ava zdradziła i zabrakło wam kogoś. Simbelmyne pewnie znowu nie chciała pomóc."
"Nie damy bez niej rady"
"Boję się. Oni wszyscy myslą, że jestem taka silna, a nie jestem."
"Udajesz?"
"no, lepiej udawać, że jest się silnym niż pokazywać, że jest się słabym"
"I radziłaś zaatakować Khavara?"
"Razem mamy szansę"
"Tylko ty w to wierzysz"
"Nie udowodniłam tego przed chwilą?"
"Byłaś sama"
"razem jesteśmy jeszcze silniejsi"
"i pomyśleć, że kiedyś baliśmy się skórów, a teraz pokonujesz ich z włączonym pentagonem"
"co z nim zrobimy?"
"Nie wiem, ale skoro skórowie nas znaleźli, to jusimy bardziej uważać. Pentagon pewnie się nam przyda nie raz"

Pojechali do groty z granilithem. Na pustyni czekało na nich dużo osób. Kanster, mimo że był w grupie z Melayą, już tam na nich czekał.

—Co się stało?

—Zostaliśmy zaatakowani. Skórowie, chcieli granilith.-odparł Max.

—Oczywiście się obroniliście. Przecież byliście rozdzieleni. Samodzielnie nie jesteście tacy silni? bo widać , że nasz Maxio trochę oberwał.-powiedział Masal.

—Jeżeli się nie zamkniesz, to wylądujesz na biegunie lub Saharze!-powiedziała Liz. Nie była w humorze do kłótni.

—Bardzo się boję...-powiedział ironicznie. Chciał coś jeszcze dodać, ale oberwał od Liz. Niestety nie posłała go na biegun tylko 50 metrów dalej zamiast kilku tysięcy kilometrów.

—Ostrzegałam. Nie igraj z nami. Nie masz o nas zielonego pojęcia, więc się od nas odczep.-powiedziała spokojnie
Masal powoli podniosił się z ziemi. Był wściekły.

—A wy chyba zapominacie, że jestem posłem.
Liz czuła, że zaraz zrobi mu coś naprawdę.

—Lepiej będzie dla ciebie jak jej będziesz słuchać-stwierdził Michael.
Masal zrezygnował. Był coraz bardziej nieufny w stosunku do tych Roswellian.
"Jestem posłem, kiedy wrócę na Korse opowiem wszystko królowi! wtedy im się oberwie! Ale przecież to znaczyłoby zerwanie kontaktów z Antarem. Jesli odnajdą Zana, to Korse nie będzie im potrzebne, więc zupełnie nas zlekceważą. Nie mogę do tego dopuscić."
Liz otworzyła oczy.
"Musze na ciebie uważać"

—A jak tam poszukiwania naszej zaginionej?-spytał Kanster. Nie przejął się za bardzo tym, co Liz zrobiła Masalowi. Uważał, że sobie zasłużył.

—Nic, zupełnie nic. Miszkałam w Roswell 2 lata i myślę, że jakby tam była, to by się ze mną skontaktowała.-powiedziała Melaya.

—Może nie chciała cię w to wciągać.-powiedziała Liz.-A teraz mam tylko jedno pytanie: co robimy?

—Nie mam pojęcia.-odparł Kanster.

—Ja myślę, że trzeba zaatakować Khavara zanim się przygotowuje do obrony. Trzeba go zaskoczyć.-powiedział Max.

— Nie ma na Ziemi tylu kosmitów, aby pokonać Khavara. Do tego trzeba całej armii-odparł Kanster.

—Nie całej armii, ale piątki Antarian.-poprawiła go Liz.

—Przeciez sama w to nie wierzysz.

—Nie wierzę w przepowiednię. Wierzę w moc Maxa, wierzę w moc Avy, Isabel i Michaela...

—Ale nie wierzysz w swoją?-dokończył za nią Kanster.
Melaya dziwiła się skąd on o niej tyle wie. Czy ona była aż taka ślepa?

—Jak już dzisiaj powiedziałam nie ma rzeczy niemozliwych. Khavara mozna pokonać.

—Czyżby?-spytał Masal.

—Nie wierzysz? To patrz! Max, idziemy!-powiedziała i ruszyła w stronę samochodu.
Roswellianie poszli za nią.

—Liz poczekaj!-zawołała za nią Melaya.

—O co chodzi?

—Chcę pomóc.

—Nie.

—Co? dlaczego nie?

—Nie chcę, aby coś ci się stało.

—Nic mi nie bedzie.

—Nie idziesz-powiedziała stanowczo.

—Nie ty o tym decydujesz.-odparła Melaya i wróciła do grupy kosmitów "nie roswelliańskich".

—Gdzie jedziemy?-spytał Michael

—Do Laurie.

—Co??? Odbiło ci?

—Nie nie odbiło mi. Jedziemy wyrzucić Khavara z naszego domu, ale najpierw musimy potrenować.

—Więc gdzie jedziemy?-powtórzył Michael.

—na pustynię, odjedziemy tylko kawałek.

Pustynia.

—Więc jak masz zamiar trenować?-spytał Max.

—Umiemy się komunikować, Michael umie atakować, Max uzdrawiać, Ava mącić ludziom w głowach, Is chodzić po snach, ale nie jestesmy zgrani i zużywamy na to za dużo energii.

—Więc?

—Starajcie się użyć mocy tak, aby się nie zmęczyć. Ava zapal tamto drzewo(to nie była całkiem pustynia, rosły tam krzaki i kilka małych drzewek)

—Ale ja...

—...nie potrafię? Dla ciebie nie istnieje to słowo.

—No dobra spróbuję.
Ava zamknęła oczy. Skupiła sie... nic...
"drzewo zapal się(nic), nie umiem zapalic drzewa,"
Kiedy Ava zamknęła oczy Liz wyjeła pentagon i włączyła go. Ava nawet nie zauważyła.
"musze sobie tylko wyobrazić, że drzewo sie pali...no zapal się! Zapal się!" Mogła wyczuć barierę. Czuła, że jak ją pokona, to wybuchnie. Przypomniała sobie słowa Liz.

—Zapal się!-powiedziała głośno.
Drzewo wybuchło tak nagle i mocno, że prawie ich odrzyciło.

—Wow! Ja to zrobiłam?-spytała.

—Aha...-odparła Liz, bo resztę zamurowało. chociaż sama nie wierzyła, że ta "nauka" coś pomoże.

—Ale ja nie umiem zapalać rzeczy.

—Już umiesz i wiesz co ci jeszcze powiem...

—Co?
Liz podniosła do góry pentagon i pokazała go Avie.

—Wiesz, co to jest?

—pentagon...

—i wiesz, że on jest włączony?

—.....-teraz Ava zaniemówiła.

—To było niezłe!-ocknął się Michael.

—Ty też tak potrafisz.-powiedziała pewnie Liz.

—Jasne-odparł.

—Spróbuj podnieść tamten głaz-wskazała na olbrzymi głaz, ktory ważył chyba tonę.-na razie bez pentagonu.

—Ok..................Wow! on jest jak piórko! Teraz tylko Liz włącz pentagon.

—Nie muszę.

—Dlaczego?

—Bo go nawet nie wyłączyłam.

—Skoro jesteś tak pewna, że umiemy to robic, to czemu nie atakujemy Khavara tylko ćwiczymy?

—Bo wy o tym nie wiecie.-odparła.-A teraz czas na...Isabel. Co chcesz zrobić?

—Nie wiem. Ja nie umiem za dużo.

—załóżmy....zrób barierę.

—Ale...-zaczęła.

—nie..-Liz nie dokończyła.

—Wiem, nie ma żadnego "ale". no dobra. bariera...chcę zatrzymać strumien mocy Khavara....
Isabel zamiast bariery wystrzeliła mocą i od razu zwęgliła blisko rosnący krzak.

—Ups...to przez niego...a teraz bariera-myslała na głos Isabel. Wystawiła ponownie rękę i zamknęła oczy. Jako pierwsza wiedziała, że Liz ma włączony pentagon. Nie hamowało ją to, wręcz przeciwnie, wzmacniało. Chciała się nauczyć, aby pokonać Khavara.

—Isabel...

—Co?

—Otwórz oczy.-powiedziała Liz.
Is otworzyła oczy i zobaczyła szkarłatną barierę.

—TO ja???

—Aha...

—Fajnie!

—No to teraz kolej na Maxa.

—Więc co mam zrobić?

—Nie pozwól mi wejść do twojego umysłu.

—Nie.

—Co nie?

—Ty i tak dasz radę, jesteś silniejsza.

—Jestem jeżeli w to wierzysz. No dobra zmiana ról. Ty spróbuj dowiedzieć się gdzie byłyam, kiedy was zaatakowali skórowie.

—No dobra...-powiedział nie pewny swoich sił.
Liz i Max zamknęli oczy. Nic się nie działo.
"No więc Liz gdzie byłaś?"
"Nie mogę ci powiedzieć"
"i mam się sam dowiedzieć?"
"Aha"
"ok"
"To jak w Matrixie There is no spoon, więc mogę robić co chcę."
Minęła pierwsza minuta....
....i druga minuta....
....i...
...-pod Crashdown.-powiedział wreszcie Max.

—Brawo stary, ale jak na mój gust, to strzelałeś.-powiedział Michael.

—Nie nie strzelał. Wyczytał to ode mnie.-powiedziała Liz-skoro wszyscy już umiecie walczyć przy pentagonie, to chyba czas na plan działania, A kto wie czyje to zadanie?

—Naszego wspaniałego Maxa-powiedziały razem Liz, Isabel i Ava.

—Dlaczego ja?

—Bo my jesteśmy dziewczynami i nie znamy się na takich rzeczach....-niedokończyła Liz, bo przerwał jej Max.

—A ja się niby znam?

—nie martw się to sie dziedziczy w genach-odparła Isabel.

—Więc ty też potrafisz.-odparł.

—Ale faceci lepiej się na tym znają. No więc my odpadamy, a Michael....

—A ja co?

—No...to jest przykład na brak dziedziczności w genach-odparła Isabel.

—I dowód, że jestescie inni niż na Antarze.-dodała Ava.

—I...no i....powiem wprost...wiemy jak zachowujesz się jako król...-dodała Liz.

—bardzo śmieszne-przerwał jej.

—Ja uważam, że powinniśmy razem ułożyć plan ze szczególnym udziałem Liz.-powiedział Michael.

—Dlaczego znowu ja?

—Bo ty najlepiej wiesz co robić i masz szczególnie przydatne moce i jestes najsilniejsza i...

—...i jest człowiekiem.-dodał Max.

—Zgadza się, a to wy jesteście z innej planety.

—Dosyć.-przerwała Isabel-nie ważne kto jest z Ziemi, a kto z Antaru, Khavar chce zniszczyć nasz dom i nie możemy mu na to pozwolić. Co do planu, to nie ma co myśleć, tylko idziemy rozwalamy kosmitów i wracamy do domu.
Roswellianie spojrzeli na Isabel. Była pewna siebie i zawzięta. Wiedzieli, że nienawidzi Khavara za śmierć Alexa.
"Liz boję się o nią, może powinna zostać?"
"Nie, kiedy spotka Khavara zrozumie, że to nie jego wina."
"skąd ta pewność?"
"kobieca intuicja"
"moja intuicja mówi mi, że będą kłopoty"
"nie trzeba być królem innej planety, aby na to wpaść"
"bardzo śmieszne"

—Liz powiedziałaś, że razem jesteśmy silni. Damy mu radę. Poza tym pomóc Laurie, to nasz obowiązek.-ciągnęła dalej Is.

—Nie możemy pochopnie atakować domu pełnego skórów.-powiedział Max.

—Ze skórami sobie poradzimy.-odparła Isabel.

—Idziemy-przerwała im Liz.

—Co??-spytali wszyscy pozostali.

—idziemy do Laurie. Jak powiedziała Isabel, to nasz obowiązek. Na miejscu zdecydujemy, co robić.

—Liz!-powiedział Max.

—Max, zaufaj mi.-odparła.

—Ufam, ale...

—nie.

—Co nie?

—Albo mi ufasz albo jest"ale". Nie martw się wszystko bedzie dobrze.
"Pamiętasz, co mówiłam ci o Melayi?"

—No więc jedziemy do Laurie.

—Liz jestes pewna?-spytał Michael. Nie miał tej wiary w nią co Max.

—Tak.- jednak nawet tak krótka odpowiedź go zadowoliła.
Ruszyli na spotkanie ze swoim przeznaczeniem-walką o swój dom.
"Właśnie zdecydowałam, gdzie spędzimy następne 100lat."
Wsiedli do samochodu, ale nie zauważyli, że są śledzeni.

Poprzednia część Wersja do druku Następna część